— Uśmiechnij się.

Bez wahania uniosłam swoje kąciki ust, tworząc coś na pozór uśmiechu, przypominający bardziej mało urokliwy grymas niż radość. „Fake it till you make it” słyszałam w swoim życiu tak często, jak odruchowe „dzień dobry”, nawet kiedy dzień wcale taki dobry nie był.

Biorę kawę na wynos, tak jak na prawdziwą mieszkankę większego miasta przystało
i przemierzam wrocławskie ulice w poszukiwaniu autentyczności. Próbuję znaleźć przestrzeń, w której będę mogła odpocząć od nałożonych na mnie oczekiwań.

Z takim potencjałem, powinnaś…
Mając z przodu dwudziestkę, powinnaś…
Nie masz się czym tak zamartwiać, uśmiechnij się.

Zastanawia mnie czy staliśmy się aż takimi profesjonalistami kreowania naszej idealnej rzeczywistości w mediach społecznościowych, że teraz próbujemy przenieść to na inne medium — życie.

Nagość nie jest wygodna, a my nie lubimy się odkrywać.

Budząc się rano, zakładamy na siebie jak najwięcej warstw. Pijemy kawę, tylko nie daj Boże rozpuszczalną, bo podobno nerki się psują. Wybieramy swoją wersję A, B i C, w zależności od tego, w czyim towarzystwie za chwilę będziemy się obracać. Zaciskamy zęby i milczymy, bo nie wypada mówić, kiedy nie jest się pytanym. Zgadzamy się na kolejną przysługę,
bo jak ktoś prosi, to głupio odmówić. Robimy się czerwoni w środku, gdy słyszymy jakiś żart, delikatnie tylko chichocząc, bo wybuchnąć śmiechem w towarzystwie raczej nie przystoi. Zakładamy fałszywy uśmiech, bo jak wszystko w życiu się układa, to nie możesz pozwolić sobie na nawet najmniejszą łzę, spływającą po Twoim policzku.

I w końcu zmęczeni tym wszystkim, zaczynamy szukać ludzi (dzięki Bogu za nich), przy których poczujemy się bezpiecznie. Tych, którym opowiemy co nam w sercu gra. Którzy wysłuchają tego, co nam się w głowie “nakłębiło”. I robimy to, wbrew pozorom, bez strachu. Bez obawy, że zaraz padnie w naszą stronę jakaś drobna uwaga „nie myśl tyle”.

A co, jeśli ja lubię czasem pomyśleć.
Co, jeśli Twój znajomy nie ma dzisiaj siły na obdarowanie Cię szerokim uśmiechem.
Co, jeśli ten człowiek, o którym opowiadasz, że dziwnie się zachowuje, od paru miesięcy próbuje poradzić sobie ze stratą kogoś bliskiego.

Jakie narzędzie jest potrzebne do tego, aby dokonać rekonstrukcji swojego własnego życia?
Prawda. Jedna z wartości, stojących na mojej półce o nazwie ulubione.

Czas się uwolnić i zaprzyjaźnić z prawdą

Dajmy sobie przestrzeń. Na to, żeby zastanowić się, kim jesteśmy.
Wtedy, kiedy zdejmujemy ze swoich barków ilość nałożonych na nas oczekiwań. Kiedy nikt nas nie otacza i nie chcemy zaprezentować się z naszej najlepszej strony. Przestrzeń na to, żeby dowiedzieć się, jacy jesteśmy, kiedy nikt inny nie patrzy.

Dajmy sobie przestrzeń. Na to, żeby czuć.
Żeby nie bać się, szczerze powiedzieć, że nie mamy siły się dziś uśmiechnąć.
Na to, żeby nie katować się za to, że nie mamy czasu wypić kawy parzonej w aeropressie, że wybuchamy śmiechem lub odmawiamy kolejnej przyjacielskiej przysługi.

Dajmy innym przestrzeń.
Na to, żeby mogli czuć się przez nas kochani, a nie oskarżani. Na to, żeby mogli być sobą,
a nie wyobrażeniem, które zostało o nich zaprojektowane w naszych głowach.

Bądźmy też szczerzy.

Sami ze sobą, gdy stajemy przed lustrem, akceptując to, do czego tak trudno jest się nam czasem przyznać. To, co znacznie łatwiej byłoby ukrywać przed światem. Dopuśćmy do siebie myśl, że to całkiem okej być po prostu sobą.

Stojąc twarzą w twarz z drugim człowiekiem, kierujmy się zasadą “Powiem Ci prawdę, albo nie powiem nic. Powiem to Tobie, zanim powiem komuś innemu”.

Nie twórzmy kolejnego świata, gdzie nałożymy filtry, dzięki którym wykreujemy idealną rzeczywistość, maskując wszystkie ludzkie niedoskonałości. Pozwólmy sobie na te niedociągnięcia. Bo w tych codziennych ludzkich brzydotach też kryje się jakieś piękno.

Prawda uwalnia, a my nie możemy dopuścić do tego, aby zniknęła z naszego świata.

karol-michalak

Natasza Baran

Pin It on Pinterest

Podziel się

Udostępnij ten post znajomym!